Autor: ILYA MERENZON
Ilya jest dyrektorem generalnym World Chess. Nie planuje ubiegać się o stanowisko prezydenta FIDE.
Na początku tego miesiąca Arkady Dvorkovich – urzędujący prezydent FIDE, światowej federacji szachowej – o mało nie trafił na unijną listę sankcyjną. Ostatecznie nie trafił. Ale gdy zajmował się unikaniem sankcji, za jego plecami uformowała się kolejka. Najpierw po cichu, potem coraz głośniej, ludzie zaczęli dawać do zrozumienia, że gdyby fotel się zwolnił, chętnie by go zajęli. Kolejka była dłuższa, niż pamiętam. I wciąż rośnie.
A to wszystko za pracę, która nic nie płaci.
Pod każdym względem prezydentura FIDE to okropna fucha. Brak pensji. Liczba pracowników jak w średniej restauracji. Roczny budżet mniejszy niż jeden weekend saudyjskiego turnieju golfowego. Żadnej realnej władzy nad gospodarką szachową, która dawno temu uciekła do aplikacji i platform internetowych – prawie nic z tego nie jest pod kontrolą FIDE.
A jednak – z wyborami prezydenta FIDE zaplanowanymi na wrzesień w Samarkandzie – dorośli mężczyźni dzwonią do sekretarzy szachowych małych wyspiarskich państw, pytając bardzo uprzejmie o ich plany. Kompletowane są bilety. Zatrudniani są drodzy prawnicy, by czytać poprawki do statutu FIDE.
Każdy chce tej pracy. Spróbuję wyjaśnić dlaczego.
Zacznijmy od oczywistości: prezydentura FIDE to przepustka. Prezydent podróżuje nieustannie, w sprawach służbowych, do dwustu krajów członkowskich, w tym takich, do których zwykłym obywatelom niektórych państw coraz trudniej wjechać. Na lotnisku czeka na niego delegacja. Jest fotografowany z ministrem sportu. Wygłasza krótkie przemówienie, otwiera turniej i wyjeżdża. Neutralność sportu, jaka by nie była, staje się neutralnością osobistą. Niebieska flaga FIDE staje się swego rodzaju dodatkowym obywatelstwem.
To samo w sobie tłumaczyłoby kolejkę. Ale jest ona o wiele dłuższa, co oznacza, że w tej pracy chodzi o coś więcej niż tylko bezpieczne podróże.
Ciekawsze jest to, że szachy, jako jedyny mały sport, mają swoje własne miejsce w globalnym kalendarzu. Prezydenci World Athletics, World Aquatics, World Gymnastics to, z całym szacunkiem, nazwiska, które trzeba sprawdzać w Google. Ich sporty żyją wewnątrz igrzysk olimpijskich – to ryby pływające tylko w akwarium MKOl. Między igrzyskami są niewidzialne. Podczas igrzysk są ozdobą na czyimś torcie.
Szachy nie są w olimpiadzie. Czasem mówi się o tym jak o porażce. To właśnie dlatego ta praca istnieje w takiej formie. FIDE posiada kalendarz – Mistrzostwa Świata, Turniej Kandydatów, Olimpiadę Szachową, listę rankingową – których nikt inny nie organizuje. Co kilka lat inny kraj zgłasza chęć organizacji Olimpiady Szachowej jako głównego wydarzenia kulturalnego sezonu. Kraj, który nigdy nie mógłby zorganizować letnich igrzysk olimpijskich, z powodzeniem może zorganizować szachową olimpiadę, a przez dwa tygodnie jest centrum czegoś naprawdę globalnego. Prezydent przecina wstęgę, siedzi między dwoma ministrami i jest fotografowany na tle banera wielkości budynku.
FIDE to w zasadzie bardzo małe FIFA. Ta sama machina, jeden procent skali. Prezydent FIFA siedzi obok emirów. Prezydent FIDE siedzi obok ministrów kultury. Obaj wykonują, technicznie rzecz biorąc, tę samą pracę. Tyle że jeden ma lepsze catering.
To częściowo wyjaśnia, dlaczego wyścig jest tak niezwykle interesujący do oglądania. Szachy są na tyle małe, że cała machina międzynarodowej polityki sportowej zostaje skompresowana do rozmiarów domku dla lalek. Są szeptane sojusze. Są ambasadorowie bez teki. Są umowy wypracowywane między dwoma prezesami federacji przy śniadaniu w hotelu, który kiedyś był sowieckim sanatorium. Są komunikaty prasowe. Są zaprzeczenia. Niezmiennie pojawia się plotka o prywatnym odrzutowcu. Przez sześć miesięcy co cztery lata około czterystu ludzi na Ziemi żywo interesuje się wynikiem, a reszta świata nie ma pojęcia, że to wszystko się dzieje. Wygląda to jak Zgromadzenie Ogólne ONZ wystawione przez regionalny teatr.
Dla graczy stawka nie jest teatralna. Inwestują w to swój czas, swoje pieniądze, swoją reputację, zakładając, że to, co czeka na końcu, jest tego warte.
Prawda jest prawdopodobnie taka, że prezydentura FIDE to jedna z ostatnich małych prac na świecie, która wciąż wydaje się wielka. Ma stuletnią historię. Ma portrety na ścianie (przynajmniej powinna!). Ma własną flagę. I, co kluczowe, posiada mistrzostwo – tytuł, który co dwa lata daje dokładnie jednego Mistrza Świata w Szachach, którego większość planety po cichu uważa za najmądrzejszego człowieka na Ziemi. Prezydent to ten, który wręcza puchar. Część splendoru mistrza przenosi się na człowieka wręczającego mu medal, a cztery lata takiego przenoszenia okazują się warte całkiem sporo. To Birkin międzynarodowego sportu – mały, drogi, trudny do zdobycia, natychmiast rozpoznawany przez bardzo specyficznych ludzi, którym na takich rzeczach zależy, i nieco absurdalny dla wszystkich innych.
Czy ta praca powinna być tak atrakcyjna? Prawdopodobnie nie. Prezydentura federacji, która nic nie płaci i niewiele zarządza. Ta praca dawno przestała być tym, co mówi, że jest.
Trudniej nazwać to, czym się stała. Miejsce z przodu sportu, który już w pełni nie należy do własnej federacji, przyznawane temu, kto najlepiej potrafi przekonać i oczarować dwustu delegatów w hotelowej sali balowej w Samarkandzie we wrześniu.
Delegaci będą mieli pretensje. Ktoś przesadzi z ilością chałwy. Pojawi się zwycięzca, uściśnie dłonie na tle niebieskiej flagi FIDE i spędzi cztery lata, latając po świecie, by otwierać turnieje w krajach, których wcześniejszym życiu nie potrafiłby znaleźć na mapie.
To mała praca. Każdy jej chce. I to cała historia.
